Reggae nad Wartą



Kiedy w drugiej połowie lat 80. jamajska muzyka w Polsce była już mocno zadomowiona, wychodziły płyty z krajowymi wykonawcami, a czasem pojawiały się nawet wydawnictwa zagraniczne, powstał pomysł stworzenia letniego festiwalu, na który zjeżdżaliby się fani z całej Polski. Miastem, w którym miał on się odbywać, był Konin. Ale w związku z faktem, że w zaplanowanym terminie miał się tam odbywać festiwal muzyki dziecięcej, imprezę zorganizowano w Gorzowie Wielkopolskim.

Już pierwsza edycja w 1986 roku okazała się dużym sukcesem. Jak szacowali organizatorzy, dwa dni koncertów obejrzało łącznie kilkanaście tysięcy osób mimo, że karnet kosztował 1200 złotych (Młodzież martwiącą się o kondycję ówczesnych fanów reggae uspokajamy - wtedy były inne czasy i inne pieniądze).
Warto wiedzieć, że pierwsi organizatorzy byli głównie poznaniakami – to Krzysztof Wodniczak i Zdzisław Nowak, a pierwsza edycja gorzowskiej imprezy miała być niejako letnią kontynuacją festiwalu „Reggae is King”, który odbywał się w stolicy Wielkopolski.
Już na pierwszej edycji pojawiła się ówczesna czołówka reggae znad Wisły – Daab, Gedeon Jerubbaal, Izrael z Kulturą, Rokosz, R.A.P. i Niepodległość Trójkątów. Były też mniej znane i zapomniane już odrobinę u nas zespoły – Illai, Raja Bess, Rondo, Grass, Katharsis, Zgoda czy Izaak.
Gwiazdą był „wynalazek”, który laicy odbierali z entuzjazmem, a znawcy z rezerwą – pochodzący z Gambii, ale mieszkający w Szwecji Demba Conta oraz towarzyszący mu zespół The Rub-a-Dub Band (ciekawostką jest, że debiutancki album grupy „Rasta Business” wyszedł także w Polsce).
Impreza wypaliła, więc postanowiono ją kontynuować i to właśnie w Gorzowie. Organizacją imprezy zaczęli się zajmować miejscowi, a festiwal przy ciągał ludzi, którzy kojarzyli go głównie z miłego, choć nieco sfatygowanego amfiteatru.
- Możemy chyba bardziej optymistycznie spojrzeć na reggae po polsku. „Reggae nad Wartą” jest imprezą, która bowiem może stać się przedmiotem do rozważań nad kondycją i uwarunkowaniami tej muzyki w polskiej rzeczywistości. Przecież w gorsecie konwencji reggae jest tyle różnorakich form wypowiedzi, że nie sposób przekazać tego słowami. Tą muzyką zajmują się już nie tylko hobbyści, wielu profesjonalnych muzyków przeszedłszy „inne szkoły" zwróciło się w stronę reggae. Grup jest wiele, powstaje jeszcze więcej – oceniano rok po pierwszej edycji.
Mieszkańcy Gorzowa raczej z sympatią przyjmowali dziwnie wyglądających ludzi, którzy przyjeżdżali na imprezę. Na pewno nastawienie było sympatyczniejsze, niż w Jarocinie, ale to na pewne dlatego, że było mniej agresji. Pamiętam też zabawne wypytywanie przez autochtonów męskiej płci o to, z jakiego miasta jesteśmy i czy jest tam klub żużlowy. Ten sport był w mieście bardzo popularny.
Impreza odbywała się w amfiteatrze i na polach namiotowych. - Wyżywienie zapewniają specjalne punkty gastronomiczne na polach namiotowych i w Amfiteatrze. Czynne są też wszystkie sklepy i lokale gastronomiczne na trasie przepływu uczestników. Bar na dworcu PKP ma całodobowy dyżur - pisała gazeta festiwalowa „Spojrzenie" w drugiej połowie lat 90.
Podczas imprezy dokonywano też dziwnych, choć charakterystycznych dla panującej wówczas jeszcze komuny, zestawień. W 1988 roku podano choćby, że podczas pierwszego dnia imprezy na polu namiotowym sprzedano 800 bułek, 300 litrów mleka, 10 kilogramów serka homogenizowanego oraz 15 transporterów oranżady.
Edycje „Reggae nad Wartą” były różne. Pierwsza wypadła bardzo dobrze, na drugą zaproszono czechosłowacki zespół Ivan Hlas a Nahlas, który z reggae wspólnego miał niewiele. Na jeszcze innej edycji był Dżem, choć jego występ stał przez długi czas pod znakiem zapytania, a to ze względu na kiepski stan Ryśka Riedla.
Ostatni festiwal w Gorzowie Wlkp. odbył się na początku lat 90. – Faktem, który osobiście ucieszył mnie najbardziej nie był występ renomowanych i znanych gwiazd, lecz mnóstwo młodych, debiutujących zespołów – pisał o edycji z 1991 r. Jacek „Pielgrzym” Janowski w fanzinie „I & I”.
Problemem był jednak fakt totalnej wtopy finansowej organizatorów, którzy nie wygrzebali się z niej. Podobno pojawiły się podrobione bilety, a coś wspólnego z tym mieli ochroniarze i w ten sposób, choć amfiteatr był w dużej części zapełniony, to biletów sprzedano bardzo mało. Nastąpiła więc kilkunastoletnia przerwa.
Pod koniec lat 90. w wypoczynkowej miejscowości podpoznańskiej Strzeszynek odbyła się impreza o tej samej nazwie, ale organizatorzy byli już zupełnie inni, związani z grupą Inity Dub Mission. Imprezę tę dokumentowało wydawnictwo na kasecie, a jakieś kawałki z niej pojawiły się też na płycie dołączonej bodajże do magazynu „XL”.
Do samego Gorzowa Wielkopolskiego „Reggae nad Wartą” wróciło w 2005 roku. Zagrały Natural Dread Killaz, Paprika Korps czy Habakuk.
- To swego rodzaju eksperyment. Organizujemy go w ramach Dni Gorzowa, wstęp jest bezpłatny. Chcemy, żeby jak najwięcej ludzi posłuchało tej muzyki, żeby zaprzyjaźnili się z nią także ci, którzy do tej pory reggae nie znali. Jeśli nam się uda, będziemy mogli powiedzieć, że plan Reggae nad Wartą-reaktywacja został zrealizowany – mówił pięc lat temu Rafał Stećków z Miejskiego Centrum Kultury.
Jednak świetności imprezy z lat 90. dotąd odbudować się nie udało. Przez kilkanaście lat przerwy reggae znalazło sobie inne miasta jak Ostróda, Bielawa czy Płock, a fani jamajskiej muzyki nie mają aż tylu pieniędzy, aby przez cała wakacje jeździć po Polsce. Możliwe, że uda się po remoncie amfiteatru, który latem tego roku ma przyjąć fanów w Gorzowie Wielkopolskim po raz kolejny. Zmieniono też nieco formułę imprezy, łącząc reggae z etno folkiem.

Fotografie - Sławek Sajkowski (ze strony www.reggaenadwarta.eu)
Logo imprezy dotyczy edycji współczesnych.
Wygenerowano w sekund: 0.24
106,472 Unikalnych wizyt
Wykorzystywanie artykułów bez zgody Administracji ZABRONIONE