Europa w natarciu


Choć wielu oficjalnie tego nie powie, to jednak Jamajczycy z pobłażliwością patrzą na reggae białych. To trochę tak jak z futbolem, gdzie Anglicy uważają, że tylko oni potrafią kopać piłkę, albo z koszykówką i powiedzeniem o tym, że „biali nie potrafią skakać”. Jednak ostatnio kilku europejskich wykonawców osiągnęło taki poziom, że przekonanym o swoim prymacie karaibskim wyspiarzom miny nieco zrzedły.

Dziesięć lat temu pewien włoski maniak reggae wybrał się na Jamajkę. Przekonał się tam, że aby zrozumieć tamtejszą kulturę, trzeba tam po prostu zamieszkać, bo nie da się nią tylko zachłystywać od czasu do czasu. Jego pseudonim to Alborosie, w Europie pseudonim przyciągający tłumy na koncerty. Na Jamajce wciąż dla wielu trudny do zaakceptowania.
- Mówiąc ogólnie, dużo czasu upływa, zanim zostaje się zaakceptowanym na Jamajce. Nawet dziś są ludzie, którzy nie potrafią, lub nie chcą mnie zaakceptować. Muszę walczyć o swoje miejsce. Wiele osób ma do mnie pozytywny stosunek tylko dlatego, że wiedzą, że jestem popularny w Europie, a ludzie na Jamajce zdają sobie sprawę jak ważnym rynkiem jest Europa. Zawsze jednak znajdzie się człowiek, który po prostu życzy źle ci życzy – przyznaje Alborosie.
Mnie więcej w tym samym czasie na Jamajce zaczął pomieszkiwać Gentleman. Choć on pierwszy raz odwiedził ją mając kilkanaście lat. – Spędziłem sześć tygodni na wsi. Nie rozumiałem ani słowa z tego, co mówili ludzie. Momentami pytałem sam siebie, co tam tak naprawdę robię. Z czasem byłem pewien, że mój pobyt tam miał swoją głęboką przyczynę – wspomina Otto Tillman, bo takie jest prawdziwe imię i nazwisko wokalisty z Kolonii.
Pierwszy występ Gentlemena miał miejsce na małej imprezie sound systemowej w wiosce. W zespołem towarzyszącym pojawił się natomiast na regularnym festiwalu w 1994 r. Choć on zjawił się znacznie wcześniej na Karaibach, niż Alborosie, także na rządzi starym kontynencie, ale w kolebce reggae również wciąż ma problemy ze zdobyciem kompletnej akceptacji.
- Zastałem zaakceptowany również przez tamtejszy przemysł muzyczny. Grają w radiu moją muzykę, teledyski są emitowane w telewizji. Mogę grać koncerty, ludzie śpiewają moje teksty... Oczywiście, są na Jamajce ludzie, którzy mówią, że to nie jest dla nich. Jednakże nie robię muzyki po to, aby komukolwiek się przypodobać – wyjaśniał podczas pobytu w Polsce w 2006 roku przyznając, że jeszcze kilka lat wcześniej wielu ludzie na wyspie nie chciało z nim w ogóle współpracować.

Trudno oceniać, co siedzi w głowach rdzennych jamajskich wokalistów, ale z czasem zaczęli doceniać „białych braci”. Całkiem możliwe, że ta zmiana miała charakter biznesowy. Znane skądinąd powiedzenie „Polska młodzież lubi polskie piosenki” można też transformować na „europejska młodzież lubi europejskich wykonawców”. Jamajscy muzycy zaczęli dostrzegać, że nagrywanie z Gentlemanem lub Alborosiem przyniesie im sporą korzyść w postaci popularności w Europie, która w letnie miesiące przyciąga wielkimi festiwalami sprawiającymi, że samoloty z Kingston do Londynu, Madrytu, Paryża czy Frankfurtu pełne są dreadmanów jadących zagrać dla białej publiczności. Z Gentlemanem i Alborosiem w studiu nagrywali już Barrington Levy, Sizzla, Cocoa Tea, Anthony B., Tony Rebel, Bounty Killer, Luciano, Capleton, Ranking Joe, czy Michale Rose, a zatem ścisła czołówka wokalistów. Dość zabawne jest też, że na albumie „Another Intensity” Gentlemana zaśpiewał on kompozycję „Celebration” właśnie z Włochem. Całkiem możliwe, że to z ich strony swoisty prztyczek w nos dla jamajskich zarozumialców.
Brytyjski producent Rootsman, który ma fatalne zdanie o niektórych Jamajczykach, potwierdza zresztą niejako teorię biznesową. - Część z nich jest okropna, a z częścią świetnie się pracuje. Jest mi łatwiej, gdyż organizując sesje dubplate’owe umożliwiłem im spory zarobek. Jednak z niektórymi już nigdy, przenigdy nie będę pracował, nawet jeśliby chcieli mi zapłacić – przyznaje.

Pisząc o europejskim reggae, nie można zapominać właśnie o Anglii, bo przecież tam mieszka mnóstwo muzyków o jamajskich korzeniach i to tam miłością do ich rytmów zaraziło się wielu miejscowych.
Zaczęło się już w latach 70. choćby za sprawą klubu „The Roaring Twenties”, w którym o raz pierwszy stykały się bezpośrednio z sobą kultury jamajska i brytyjska. Efekty pojawiły się szybko, bo zaglądali tam też chłopacy z The Beatles i Rolling Stones, co zaowocowało między innymi „Ob-la-di, ob-la-da” tych pierwszych.
Później był punk i reggae’owe poszukiwania The Clash oraz Judge Dread, który chyba jako pierwszy „białas” bywał grywany na jamajskich imprezach z singli, choć był on też autorem największej ilości piosenek zakazanych w brytyjskim radiu z powodu frywolnych tekstów.
Następnie na angielskim rynku pojawiła się rockowa grupa Big Audio Dynamite, w której grali żarliwi propagatorzy reggae Mick Jones i Don Letts oraz niejaki Greg Roberts, który później założył kojarzoną przez fanów dubu formację Dreadzone.
Dziś są także Francuzi z No More Babylon przygrywający jako riddim band jamajskim wokalistom podczas europejskich wojaży oraz wykonujący podobne zadanie niezwykle ceniona szwajcarska załoga Scrucialists. W Anglii sporą popularność ma z kolei wokalista YT, szczycący się trochę kolorem skóry, bo przecież skrót jego pseudonimu wymawia się jako „białas”.
Reggae kojarzonemu jednak z muzykami czarnoskórymi towarzyszą też rozmaite anegdoty. Jak dziś pamiętam wielkie zdziwienie i nieomal zniesmaczenie fanów na pierwszej polskiej trasie Rootsmana. Po pseudonimie spodziewano się starego, posępnego, dreadziastego rastamana, a przyjechał niemal licealista w drucianych okularkach.
Okularnikiem jest też Adrian Sherwood, który nad Wisłą pojawił się już w latach 80. Jeśli o jakimś europejskim z urodzenia producencie można powiedzieć, że jest dla Jamajczyków „swojakiem”, to właśnie o nim.

Niedawno mieliśmy okazję przekonać się, że także Polacy mogą w jakimś tam stopniu zaistnieć na Jamajce. Mowa oczywiście o Rastasize, który nagrywał album w słynnym studiu Tuff Gong z ekipą Dubtonic Crew. O projekcie nawet odrobinę w miejscowej prasie. - Pierwszy raz spotkałem się z tą załogą w studiu, kiedy przyszli nagrywać.
Przedstawiono mi ich jako sesyjny skład muzyków Tuff Gongu. Na początku nawet myślałem, że się nie polubiliśmy z basistą. Odebrałem to tak, jakby on pomyślał, że przyjechali biali ze zleceniem. Długo rozmawialiśmy, zanim przeszliśmy do nagrywania i ta rozmowa w moim odczuciu była dosyć chłodna, po czym jak przyjechałem do Polski, już po tych nagraniach, to on pierwszy do mnie zadzwonił, zdobył mój numer od producentki i powiedział, że dla niego to było niesamowite przeżycie i jakbym chciał stworzyć Rastasize jako skład na żywo, to oni jako Dubtonics są chętni podjąć tę współpracę. Dzięki temu zagraliśmy w Ostródzie premierę tego albumu razem z nimi wspomina Dawid Portasz, wokalista projektu.
Choć akurat muzycy Dubtonic Crew są podobno ewenementem na skalę światową. Mirosław „Maken” Dzięciołowski, który zajmuje się większością zagranicznych wykonawców występujących nad Wisłą ocenia, że nie spotkał się jeszcze z tak zdyscyplinowanymi Jamajczykami.

Czy więc biali europejczycy mogą śpiewać reggae z powodzeniem? Wyrobione zdanie o tym ma, co prawda nie Jamajczyk, ale znakomity muzyk, który grywał z najlepszymi, Dennis Bovell. - Dlaczego nie? Każdy może być kimkolwiek chce, jeśli naprawdę tego chce – mówi muzyk.
Jak wypadają biali rastamani będą częściowo mogli przekonać się polscy fani już wiosną. Na przełomie kwietnia i maja w Warszawie i Poznaniu wystąpi Gentleman. Będą to dwa wielkie halowe koncerty, na które bilety już cieszą się wielkim popytem.
Alborosie już był w Ostródzie w 2008 roku i raczej wątpliwe, aby szybko ktoś go chciał zapraszać ponownie po fochach, które stroił razem z towarzyszącą mu załogą. W tym ów Włoch stał się chyba już tak samo jamajski jak wyspiarze.

Opis fotografii:
01 - Alborosie
02 - Gentleman
03 - Judge Dread
04 - Rootsman
Wygenerowano w sekund: 0.24
106,260 Unikalnych wizyt
Wykorzystywanie artykułów bez zgody Administracji ZABRONIONE