Ostatnie artykuły
T.Duby "Friends - Lo...
Dreadsquad "Is Back ...
Rass Tomi & Dzieciuf...
Indios Bravos "Peace...
Marika "Moje serce" ...Logowanie
Polityka w polskim reggae
Spory o to, dlaczego reggae było tak popularne w Polsce w latach komuny trwały będą pewnie jeszcze wiele, wiele lat. Choć powodów było pewnie więcej, to jednym z częściej wymienianych będzie fakt, że muzyka niewolników na Jamajce tak często opisywała kwestie walki o wolność, a jako Babilon określała wszystko to, co tę wolność ograniczało. W kraju, w którym każde publiczne wystąpienie musiało przejść najpierw przez cenzora, symbole walki o wolność były wręcz wymarzone, aby śpiewać bez przeszkód o tym, za czym tęsknił cały naród.
„Wolny naród musi być, wolny naród!
Nie ma życia w zatrutych miastach,
Nie ma życia w zatrutych rzekach,
Wojna zabija dobre uczucia,
Strach rozgania człowiecze zjednoczenie”
Do dziś wielu fanów dziwi się, jak takie słowa mogły przejść na płycie wydanej przed 1989 r. Na dodatek tekst piosenki „Wolny naród” nie był jednym na „wywrotowym” na krążku Izraela „Nabij faję”. Co prawda, zbliżał się już czas przełomu, nadchodziła odwilż, ale nie aż taka, żeby zezwalać na to, że „każdy ma prawo decydować o swym losie, każdy ma prawo żyć tak jak chce, jeśli nie chcesz być ofiarą systemu, musisz zacząć decydować samemu”.
Muzycy formacji nie opowiadają jak im się udało. Zapewne ktoś coś przeoczył, bo grupa istniejąca w tym samym czasie, tyle że działającą w Poznaniu, problemy z cenzurą miała duże.
Bydgoski koncert Gedeon Jerubbaal na stadionie wojskowym nieomal zakończył się skandalem, bowiem zespół wykonał po angielsku „Trójkolorowe słońce”, którą zakazano mu wykonywać po polsku. W perypetiach z cenzorami udawało się dzięki słowom-kluczom, które dla wielu weryfikatorów nic nie mówiły.
- Być może, choć to oczywiście hipoteza, wejście w te wszystkie metafory biblijne pomagało. Ja pamiętam, że cenzor to przepuszczał. My musieliśmy raz po raz oddawać wszystkie teksty do cenzury. Kiedyś chcieliśmy zagrać duży koncert, to dostałem od cenzora pieczątkę dlatego, że śpiewałem o Babilonie, o „Biblii”, o jakichś tam odległych rzeczach. Nie wszyscy byli takimi młotkami, jak się zakłada. Ale przy nas miał podkładkę – śpiewają o „Biblii”, Starym Testamencie, o Izraelu. A tam waliliśmy „mordercy nas prowadzą”. Dlatego u nas to wszystko przechodziło, bo to była jakaś inna forma wypowiedzi, która dawała możliwość opowiedzenia tego, co wszyscy mogą znakomicie zrozumieć, a to przechodziło – wyjaśnia wokalista grupy, Krzysztof Ruciński. Paradoksalnie Gedeon Jerubbaal był nazywany przez muzyków innych formacji pieszczochami systemu. Wszystko dlatego, że grupa miała popularny telewizyjny teledysk oraz często uczestniczyła w festynach na stadionach pod szyldem niezwykle wtedy popularnego programu „Jarmark”.
Z reggae walczono wtedy na rozmaite sposoby. Jedni śpiewali o Babilonie mając na myśli komunistyczny system, a inni dokonywali akcji bezpośrednich. Choćby bracia Erszkowscy, grający w Galago, politykę mieli zaraz za oknem. Działali przecież w Trójmieście, gdzie tak wiele dla polskiej wolności się zaczynało. W muzyce nie przejawiali zbyt dużej politycznej aktywności. - W tekstach nie. W działalności polegającej choćby na ukrywaniu ludzi to tak, ale nigdy nie miało to znaczenia muzycznego – wyjaśnia Michał Erszkowski, który później z bratem w hali stoczni organizował głośny festiwal Solidariti Anti Apartheid.
Dość specyficzny sposób walki z systemem zaprezentował z kolei Marek Rogowski z gliwickiego zespołu R.A.P. Spędził trzy miesiące w areszcie za zerwanie z ulicy czerwonej flagi wiszącej przed świętem 1 maja. Podobno sikał do klombu, nie mógł złapać równowagi i złapał się flagi, ale te tłumaczenia nie pomogły. Z tej okazji zresztą pozostali muzycy grupy nagrali kompozycję „Rogol is gone”.
Bezpośrednio swoje racje ze sceny wykrzykiwali natomiast chłopacy z warszawskiego Immanuela na festiwalu w Jarocinie. - Wtedy była cenzura, więc daliśmy im trzy inne kawałki, trzy inne zagraliśmy na przeglądzie, po którym mieli nas dopuścić na dużą scenę i jak już było wiadomo, że gramy na dużej scenie, to co? 20 tysięcy ludzi czeka na jakiś message. I zagraliśmy to – wspomina Sławomir „Dżu Dżu” Wróblewski.
Po koncercie podszedł do nich jednak umundurowany wojskowy i zapowiedział wokalistom Jackowi „Dżeksonowi” Onaszkiewiczowi i Piotrowi „Mrówie” Mrówińskiemu, że nie popuści i obaj będą mieć sprawę w sądzie o podburzanie młodzieży przeciwko panującemu ustrojowi. Słowa dotrzymał. Trzy miesiące później musieli pojechać do sądu w Jarocinie na rozprawę. - Zeznawał gruby ubek, który w zaparte powtarzał, że śpiewaliśmy „precz z partią". Co ciekawe, nigdy akurat takie słowa nie padły z naszych ust. Uczciwie mówiliśmy, że śpiewaliśmy: „Niepotrzebny jest prezydent, Niepotrzebny jest konfident, Niepotrzebne jest CIA, Niepotrzebne jest PZPR". Ale ten proces był farsą w majestacie prawa – opowiada Dżekson.
Obaj muzycy zostali skazani na karę 3 miesięcy aresztu z opcją zapłacenia kaucji wynoszącej średnie roczne dochody. Mieli tydzień, aby coś zorganizować, ale dzięki pomocy członków Deutera, Kultury i Zgody oraz dzięki posagowi żony Dżeksona udało się zebrać wymaganą kwotę.
W zbiórce pomagali też muzycy Izraela, którzy swoje przygody z systemem mieli zdecydowanie bardziej humorystyczne. Choćby w Rzeszowie, gdzie nagrywali trzeci album. - Piętro nad studiem mieszkał wiecznie pijany milicjant, który co chwile przerywał nam sesje. Rzeszów to nieduże miasto i nasz pobyt wzbudzał tam duże zainteresowanie. Kiedyś policja aresztowała nas przy jajecznicy – opowiada Robert Brylewski.Z kolei jedyny zagraniczny wyjazd „wymianowy” Gedeona Jerubbaala do także komunistycznej Bułgarii wywołał tam niemal popłoch wśród służb bezpieczeństwa. - Nikt nam nie dał szpicla oficjalnie, ale w blisko stuosobowej polskiej ekipie musieli być specjaliści od zbierania danych i prezentowania informacji tam gdzie trzeba. Bułgaria była za to uszpiclona na maksa, w głównym hotelu w Tołbuchinie wszyscy byli szpiclami, od nastoletnich „boyów” po sześćdziesięcioletnie prostytutki – wspomina Krzysztof Ruciński.
Dziś polityka wciąż bywa w polskim reggae, ale w zdecydowanie innej, bezpośredniej i często mniej przez to skutecznej formie. Łopatologia nie wszystkim służy. Tak jak po latach teksty Kazika mają zdecydowanie mniejszego „powera”, tak i dawniejsze ostre słowa polskiego reggae odrobinę się stępiły.
Choć nie wszystkie, o czym przekonała za rządów prawicy Masala swoją ostrą jak brzytwa płytą „Obywatele IV świata”. Teksty na niej wymieniały Romana Giertycha czy Andrzeja Leppera działających wtedy w rządzie. Równoległa ostra krytyka polityków w autorskiej audycji Radia Bis zakończyła się jednak zdjęciem z anteny programu prowadzonego przez Maxa Cegielskiego i Rafała Kołacińskiego. Przyczyną była tzw. brunatna księga przygotowywana przez antyrasistowską organizację Nigdy Więcej. Przy okazji miały pojawić się też nazwy LPR i Młodzieży Wszechpolskiej, a jak zapowiadali autorzy „zabójcy mają więc poparcie w rządzie Rzeczpospolitej, a posłowie, urzędnicy i ministrowie z tych organizacji są pośrednio współwinni śmierci niewinnych ludzi”.
Z kolei Junior Stress wychodzi z założenia, że czasem warto kogoś wyśmiać, zamiast walić prosto z mostu. Dlatego mocno wyraziście brzmi jego fragment w śpiewanych wspólnie z Lechem Janerką i Sidneyem Polakiem „Konstytucjach”. Zarzuca Polakom, że wybrali mistrzów polityki „Kaczora Donalda i Myszkę Mickey, ale daleko nam do Disneylandu, bo dziś polityka to tysiące patentów”.
Indios Bravos wykazuje z kolei postawę raczej naiwną politykę odrzucając. Dobitnie słychać to w piosence „Tak to tak”, w której Gutek śpiewa o tym, że nieważne dla niego są wybory do parlamentu”. - Nieważna dla mnie jest posła przemowa, od wieków te same, tak dobrze znane słowa” – precyzuje wokalista grupy na płycie „Mental Revolution”. Niewątpliwie najpopularniejsza polska grupa reggae, Vavamuffin od tematów politycznych nie stroni, ale nie idzie w konkrety. Jej trzej wokaliści poruszają raczej tematy, a nie osoby.
- Polityka mnie śledzi. Wychodzę na ulicę i ona idzie za mną. Ja się tym nie interesuję, ale są sytuacje, które samoistnie do każdego z nas docierają i nie można przed tym uciec. Włączasz telewizor i widzisz jedną, czy drugą mordę, słyszysz o jakiejś jednej czy drugiej słabej sytuacji i kosa się w kieszeni sama otwiera. To wkurza, ale ja nie chcę nikogo wskazywać palcami, nie jestem od tego ani ja, ani zespół, w którym gram. Staramy się zwrócić uwagę na pewne problemy, poprzez to, o czym śpiewamy – mówi Reggaenerator.Kiedyś Basstion narzekał, że „na każdym rogu stoi milicjant”, a Miki Mousoleum śpiewało o czarnej wołdze z tajniakami porywającej ludzi z ulicy. Dziś młodziutka grupa A Jednak ocenia, że „nie ma w kraju tym podziałów polityków, generałów”.
Zainteresowanie polityką w polskim reggae nie przemija. Pytanie tylko dlaczego akurat ten gatunek tak się angażuje? Pewnie dlatego, że tworzący muzykę jamajskich niewolników twórcy mają dużą wrażliwość, większą niż popowe gwiazdy ubierające się w różowe futerka albo pracujący nad powstaniem kolejnych plotek o sobie.
- Polecam refren utworu „Żyję w Kraju”, który tak naprawdę wyjaśnia, dlaczego tutaj siedzę. Cały czas mam nadzieję, że między innymi dzięki moim utworom coś się zmieni, oczywiście bez poczucia, że wyjdę na scenę i zmienię zaraz cały świat, ale staram się dokładać swoją cegiełkę do zmian. Tej płyty słuchają młodzi ludzie, którzy za 20 lat będą tym krajem kierowali, będą w Sejmie i liczę, że przez to, że będą teraz myśleć nad tymi sprawami, na które ja ich uczulam, to za jakiś czas wszystko się zmieni – mówi Bob One, jeden z najlepszych tekściarzy w polskim reggae.
Podpisy do fotografii:
01 i 02 – okładka i opis albumu „Nabij faję”.
03 i 04 – Scena festiwalowa oraz plakat Solidariti Anti Apartheid
05 – ocenzurowany tekst Jacka Szafira ze Śmierci Klinicznej i R.A.P.
