Ostatnie artykuły
Gyptian "My Name Is ...
FC Apatride Utd "On ...
Doniki "Radikal Expr...
Cocoa Tea "Save Us o...
Cham "Ghetto Story" ...Logowanie
Trzy kolory szklanego ekranu
Są rozmaite pasje, które czasem możemy nawet określać mianem zboczeń. Do tych ostatnich można zaliczyć niewątpliwie oglądanie jamajskich teledysków. Wyglądają tak, jakby ich reżyserem była jedna osoba, która nie zamierza zmieniać idei artysty kroczącego ulicą i machającego rękoma. Na szczęście, są artyści wyłamujący się z konwencji, o których trochę tu napiszemy.
Tradycja jest taka – gestykulujący wokalista przechadza się po getcie wskazując na niesprawiedliwość tego świata, biedę i wszystko co złe, a jest spowodowane przez nich, czyli najczęściej polityków, policję czy rekiny finansjery.
Od tej tendencji nie odszedł na przykład Damian Marley w swoim sztandarowym „Welcome to Jamrock”. Wszystko tam jest wyświechtane aż do znudzenia. Pokazuje on co prawda prawdziwe getto, przechadza się po nim, albo jeździ samochodem, ale do finezji tam przeraźliwie daleko. Na dodatek to getto pokazywane było już tyle razy, że fani reggae znają to na pamięć.
Znacznie ciekawiej jest już na duetowym clipie Damiana i Stephena „The Mission” zrobionym na wzór komiksu. Z kolejnego i chyba najlepszego teledysku Damiana, zrealizowanego tym razem z Nasem więziennego „Road to Zion” wynika, że po prostu musi on robić duety, bo solowe obrazy wychodzą mu tragicznie. Potwierdzają to znakomite muzycznie, ale skopane wizualnie komiksowe „Beautiful” oraz zrobione na samochodowym szrocie „Move” z tradycyjnie gestykulującym przed mikrofonem wokalistą. Jego reputacji nie ratuje bowiem nawet fajne „Confrontation”, a to z tego prostego powodu, że wykorzystano w nim materiały dokumentalne czasem przerywane widokiem Damiana Marleya, który i tak czasowo przegrywa z Haile Selassie, przewijający się w co drugim clipie wokalisty, co niezmiernie irytuje. Podejrzewać można, że nawet najbardziej zagorzali fani Damiana czekają, aż wyczerpią się mu zasoby z filmami i zdjęciami cesarza Etiopii.
Pozostawiającą konkurencję daleko za sobą firmą teledyskową jest Shaggy. Wiele jego produkcji jest wysmakowanych, choć lekko popowych i bez problemu może konkurować z piekielnie drogimi produkcjami telewizyjnych gwiazdek. Bo często są w nich fabuły i to z gatunku tych dowcipnych.Świetna jest sympatyczna historyjka w „It Wasn’t Me”, gdzie siedzący w wielkiej rezydencji Shaggy dysponuje urządzeniem satelitarnym obserwującym kumpla Rik Roka uciekającego przed dyszącą żądzą zemsty dziewczyną. Shaggy umożliwia mu ucieczkę. - To taka stara historia, o której chciałem nigdy nie mówić. Pewnego dnia zadzwonił do mnie znajomy, którego żona odkryła, że ją zdradza. Przez telefon powiedział: „Stary, złapała mnie, nie wiem co mam teraz robić”. A ja mu odparłem: „Powiedz jej tylko, że to nie byłem ja”. To według mnie miało załatwić sprawę. Dla mnie jego wyczyny nie były żadnym problemem, więc trochę z niego pożartowałem – opowiada wokalista.
No z tymi wyczynami to pewnie nie przesadza. Widać to właśnie po teledyskach, w których pojawiają się całe tabuny atrakcyjnych dziewczyn. W„Hey Sexy Lady” niczym wodzirej z kasyna Shaggy wygina się ubrany raz w pomarańczowy komplecik, a innym razem w skórzaną, wiśniową kurteczkę. Fanki na pewno ucieszą się z faktu, że pokazany jest nagi od pasa w górę, bo kąpie się w drewnianej balii. Obsługują go w niej dwie dziewczyny w bikini, które także polewają się wodą i kręcą, nazwijmy to, atrybutami. Mocny jest akcent końcowy, kiedy Shaggy w zaciśniętej pięści gniecie kostki do gry (wyrzucone na stole pokazały 5 i 2 oczka) tak mocno, że te wybuchają.
Z kolei w „Luv Me, Luv Me” pokazywany jest na plaży w jaskrawozielonym garniturze i meloniku takiego samego koloru, gdy paraduje po wyłożonym na plaży dywanie, wzdłuż którego wygina się tak na oko dwadzieścia potencjalnych miss Karaibów. Śmieszny jest z kolei „Oh Karolina”, bo kawałek jest z lat 80. i sam wokalista wygląda tam w przyciemnianych okularach jak Tom Cruise w „Top Gun”, a w czapce z odwróconym daszkiem jak dzieciak z rapowego zespołu Kris Kross.
Na miano małego arcydzieła zasługuje najbardziej jednak niedoceniany „Church Heathen”. Choć pozornie w nim nic wielkiego, bo Shaggy siedzi w kościele albo w konfesjonale, ale proszę zwrócić uwagę na gesty, spojrzenia i wszystkie inne smaczki. To robi wrażenie. Na dodatek, ksiądz wygłaszający kazanie to Ninjaman, który wtedy nie siedział jeszcze w więzieniu. Przeznaczenie, jak widać, lubi płatać figle.
Wrażenie robią też clipy Seana Paula, choć tu finezji dopatrywać się niezwykle trudno. U niego także chodzi o to, aby pokazywać fajne dziewczyny kręcące tyłkami, ale fabuły tam przeważnie ani grama. Tak jest w sztandarowymi „Get Busy”, w którym i tak teledyskowego Oskara kradnie Seanowi chłopaczek, który ucieka z piętra, aby potańczyć.
Jest też dyskotekowe „Temperature” czy kręcone na pustyni „We Be Burning”, ale w ten ostatni obraz wpakowano naprawdę potężne pieniądze, więc najzwyczajniej musiał być ciekawy. Słabiutki jest „So Fine” z ostatniej płyty Seana, utrzymany w niebieskiej tonacji i pokazujący go w oświetlonej klatce, w której w przebitkach wyginają się dziewczyny. Inny teledysk z tego albumu „Press It” toczy się w studiu, więc tu też finezji nie ma, bo jego przesłanie brzmi mniej więcej tak: „Kiedy Sean Paul tańczy, ludzie bujają się w samochodach, nastolatki skaczą na łóżkach, rusza to nawet panie w salonie fryzjerskim oraz pana myjącego podłogę”. No niech ktoś powie, co w tym ciekawego?
W sumie szkoda, że nic ciekawego w jego obrazach nie można znaleźć, bo to w końcu obok Shaggy’ego najbardziej rozpoznawalny dancehallowy nawijacz. Ale, z drugiej strony, dziewczyny są u niego pierwsza klasa, więc może to ważniejsze, niż nakłanianie do jakiejkolwiek refleksji?
Zresztą na co dzień w clipach jamajskich nuda. Elephant Man w sztandarowym „Nuh Linga” to nuda niezmierna, a Tony Matterhorn w przeboju sprzed kilku lat „Dutty Wine” to jakieś nieporozumienie.
Ewidentnie widać, że wielkiej kasy na clip nie miał też Richie Spice, ale jego „Brown Skin” jest choć ciekawie zrealizowano jeśli chodzi o zdjęcia i zmysłowe gesty, co sprawia, że nawet nie zwraca się uwagi, że wszystko jest kręcone w zamkniętych pomieszczeniach z oszczędnym czarnym lub białym tłem.
Nie popisują się także panie. „Chat to Mi Back” Lady Saw jest kręcone na typowej jamajskiej wiejskiej potańcówie i trzyma jej poziom, a w „These Streets” Tanya Stephens macha łapkami, choć tu jest chociaż jakaś konkretna, nieskomplikowana gangstersko-miłosna fabuła.
Nie możemy niestety mówić jeszcze o polskiej szkole clipów reggae. Jest kilka pozytywnych zjawisk, ale generalnie wciąż są one kiepskie. Trudno jednak się dziwić, skoro ogólnokrajowa telewizja puści je raz, może dwa i to w nocnej ramówce. Więc wykonawcom czy wytwórniom najzwyczajniej nie opłaca się pakować pieniędzy w produkcje, które będą leżały na półkach. Teledyski stają się więc pewnego rodzaju zbytkiem lub elementem ambicjonalnym. Chyba nawet po części dobrze, że tak się dzieje, bowiem dzięki temu clipy nie bazują na oklepanych schematach, a są robione z duszą. Tak dzieje się przypadku filmików wychodzących z wytwórni Karrot Kommando - nagrodzonego niedawno obrazu do piosenki Pablopavo „Telehon”, ilustracji „Hi Fi” Paprika Korps oraz „A-a-a-a” Ragany. Wrażenie robi także posępna, ale niezwykle wyrazista „Sama” T.Dubów.
Innym razem w polskich clipach niczego ciekawego nie ma. Choćby u Ras Luty, który w „Miłości w każdym domu” podąża śladem swoich bobodreadowych idoli i niczym rasowy rasta przechadza się, choć nie po slumsach Kingston, a jakichś zaułkach stolicy. Marika w „Moim sercu” wykorzystuje, czemu trudno się dziwić, swój osobisty urok, a w „Masz to” jest sklepową z rybnego biegającą za tym „czymś”.
Frapujący jest kręcony gdzieś w podziemiach obraz „Pójdę tylko tam” Jamala. Nie ma tam może jakiejś interesującej historyjki, ale jest sporo fajnych obrazków. Znacznie gorzej jest już w łączonym z tym clipem kawałkiem „Pull Up”.
Bywają ciekawe pomysły na tło obrazu. Tabu w „Tyle mam” zostało wysłane do kamieniołomów. Chłopacy z całej Góry Barwinków chodzą po rodzinnym i, nie oszukujmy się, nudnawym Kłobucku, ale okazują się miłośnikami gier – zaczynają od piłki, a kończą na kartach. No i Vavamuffin, wiadomo – pokazuje Warszawę i to od tych fajnych zakamarków oraz ludzi.
Ostatnio sposób na promowanie teledysków wymyśliła amerykańska wytwórnia VP Records. Dołącza je do składanek, czyniąc z nich dwupłytowe wydawnictwa, znacznie atrakcyjniejsze dla fanów. W Polsce obraz reggae’owej kinematografii sprzed kilku lat widać na kompilacji dołączonej do magazynu Free Colours. No i w sieci, choć tu jakość zarówno obrazu jak i muzyki jest kiepska. Oczywiście, omówione ty filmiki to tylko fragmencik wielkiego działu muzycznej kinematografii. Ale opisywać jej szczegółowo, póki co, nie ma raczej większego sensu. Zbyt wiele w tym wszystkim powtarzalności.
Zdjęcia:
01. Damian Marley - Welcome to Jamrock (teledysk)
02. Sean Paul - Get Busy (teledysk)
03. Sean Paul - We Be Burnin (teledysk)
04. Shaggy - It Wasnt Me (teledysk)
05. Vavamuffin - Bless (teledysk)
