Grunt to gangsta


W domu Buju Bantona zarekwirowano kilka kilogramów kokainy, koło domu Sizzli odnaleziono cały arsenał broni, a Mavado, Vybz Kartel czy inni dancehallowcy są co chwilę zatrzymywani w związku z jakimiś rozróbami. Nie mówiąc już o Ninjamanie, który od kilku miesięcy siedzi w więzieniu pod zarzutem zastrzelenia na ulicy zupełnie obcego mu człowieka.

- Spójrz w moje oczy i zobacz, co w nich widzisz. Czy czujesz mój ból? Jestem twoim wrogiem. Jedyny przyjaciel, jakiego mam, to mój pistolet - ten fragment piosenki Bounty Killera nie należy do wyjątków w jamajskim dancehallu. Właściwie jest wręcz typowy. Największe gwiazdy tego gatunku śpiewają o przemocy i w tej przemocy aktywnie uczestniczą, raz będąc sprawcami, innym razem ofiarami.
Po części, trudno się temu dziwić. Większość z nich wychowywała się przecież w biedzie, a tam rządzi prawo silniejszego. Kilkunastoletni Rodney przekonał się o tym wracając ze szkoły. Został postrzelony. - Kiedy leczyłem się z rany w szpitalu, myślałem tylko o jednym, o zemście. Jedyną rzeczą, której pragnąłem, to zabić tego, kto próbował zabić mnie – wspomina wokalista, który nadał sobie przydomek Bounty Killera.

W ostatnich latach stracił on jednak reputację pierwszego badmana Jamajki na rzecz jednego z dwóch nawijaczy 9choć trudno wskazać którego), między którymi walka przybrała już takie rozmiary, że na poważnie zaczęła niepokoić niektórych przedstawicieli rządu. Mowa oczywiście o konflikcie Gaza-Gully czyli Vybz Kartelem i Mavado. Na ile na nienawiść jest poważna, nie wie pewnie nikt spoza ich najbliższego otoczenia. Faktem jest jednak, że sporem żyje cała wyspa i ich niedawne pojednanie, wymuszone niejako przez rząd a mające na celu powstrzymanie fali przemocy w szkołach, przekonało bardzo niewielu obserwatorów życia muzycznego i społecznego. Bo nie oszukujmy się, na Jamajce muzyka ma wielki wpływ na życie codzienne.
Faktem jest także, że poza jakimiś zaszłościami osobistymi, obaj wokaliści na konflikcie potężnie zyskują. Przecież nic tak nie napycha kieszeni jak mała „wojenka”, która nakręca sprzedaż płyt i którą ze szczegółami relacjonują media. A że te ostatnie do subtelnych nie należą, więc wszelkie wieści z obozu nawijaczy poznajemy niemal na żywo, tak jakby samym artystom zależało, co jest pewnie prawdą, na powiadamianiu gazet i plotkarskich portali o swoich sukcesach lub sukcesikach.

Współczesne konflikty między wokalistami są zaszłością i chyba jednak karykaturą tych sprzed kilkudziesięciu lat. Już w latach 70. jamajscy piosenkarze pojedynkowali się, ale bez wymachiwania spluwami, a na utwory. Najpierw była piosenka będąca dla jednego z nich ciosem, po kilku dniach zaatakowany odpowiadał singlem z ripostą. Nikt tak naprawdę nie był poszkodowany, a wygrywała muzyka. Tak było w najsłynniejszym w historii pojedynku między Prince Jazzbo i I Royem.
- To nie było tak jak dzisiejsze konflikty między Bounty Killerem i Beenie Manem, Mavado i Vybz Kartelem, Norris Manem i Sizzlą i tak dalej. W ludzkiej naturze leży zazdrość, ludzie często bywają zazdrośni o dokonania innych, ale myślę, że między Jazzbo i I Royem nie było żadnego napięcia. To było na pokaz, żeby sprzedać więcej płyt, zabawić ludzi. Nabijali się ze swojego wyglądu, ale to była zabawa – opowiada U Brown, który był świadkiem jego historycznego pojedynku.
Trafnie genezę dancehallowej przemocy oceniają kobiety kpiące trochę z pozy tamtejszych macho. - Na Jamajce dominuje poza gangstera, nie takiego co zabija ludzi, ale takiego faceta twardziela, naprawdę hard core – mówi Lady Saw.
- Tak jest na całym świecie, że młodzi ludzie chcą coś osiągnąć, stać się kimś ważnym, być buntownikami, a to najłatwiej jest im osiągnąć będąc właśnie gangsta. Jak byłam młoda, też buntowałam się przeciwko różnym rzeczom, ale z czasem z tego wyrastasz. Niestety, na Jamajce nie zapewnia się tym dzieciakom niczego, co mogłyby robić później, więc bardzo duża ich część zostaje po prostu gangsterami – ocenia z kolei Tanya Stephens.

Gangsterską pozę uwielbia jednak młoda publiczność. Dlatego na scenie dancehallowej dominują spluwy oraz robienie groźnych min. Czasem nie kończy się na minach, więc dlatego policja regularnie pojawia się na imprezach, na których bywa Mavado. Jakiś czas temu zepsuli mu nawet urodziny trzepiąc wszystkich gości imprezy i notując skrzętnie numery seryjne znalezionej przy nich broni.
Jątrzyć nie chcą czasem nawet sami stróże prawa. Gdy pojawili się w jednym z lokali w Kingston, bo zgłoszono pobicie, odpuścili i Mavado nie został zatrzymany w obawie przed reakcją jego krewkich fanów. Ten wydaje się zupełnie nie przejmować pęczniejącą kartoteką w komisariatach, bo jest na topie. Jakiś czas temu dostał nawet propozycję wystąpienia w filmie. Ma zagrać bandziora, więc nie będzie musiał udawać.
Wydaje się jednak, że kinematografia straciła na dobre najbardziej nadającego się do tej roli Ninjamana. Nie dość, że od dawna nikt nie próbował się z nim zmierzyć w pojedynku na scenie, bo każdy boi się o swoje kości, to teraz zasili on prawdopodobnie na dłuższy czas stan jednego z zakładów penitencjarnych. Jest oskarżony o udział w strzelaninie, w której zginął człowiek. Tego, który pociągnął za spust, jeszcze nie wskazano, ale nikt nie zdziwi się, jeśli winnym okaże się właśnie wokalista, który ma na koncie liczbę aktów przemocy przewyższającą pewnie ilość nagranych przez siebie piosenek.

Choć trzeba też dodać, że jamajscy muzycy nie są tylko zapalnikami w sporach. Ponad rok temu w strzelaninie zginął syn Spragga Benza, Carlton Grant. Ojciec oskarża funkcjonariuszy policji, którzy go zastrzelili. Chłopak jechał rowerem, został zatrzymany i rzekomo wyciągnął broń, więc został zabity przez funkcjonariuszy. Z kolei ojciec Seana Paula, Garth Henriques i jego kolega zostali ranni w czasie napadu rabunkowego. Obaj wylądowali w szpitalu.
Jednak najczęściej winni są sami artyści. Liczby scenicznych szarpanin zliczyć już nie potrafi nikt. Tak samo jak zaprzestano prowadzić rejestry muzyków, przy których znaleziono nielegalną broń, no chyba, że to arsenał, tak jak w domu Sizzli.
Najczęściej zajmujący się reggae i dancehallem muzycy sięgają jednak po pięści. Często w stosunku do kobiet. Ostatnio do mało chlubnego klubu, w którym zasiadają już Vybz Kartel, czy Bounty Killer, dołączył Maxi Priest. Pobił swoją dziewczynę, która zaskoczyła go w samochodzie z nową kochanką.

Najbardziej zabawny w tym wszystkim jest fakt, że większość jamajskich artystów mówi o... zaprzestaniu przemocy. Dzieje się tak oczywiście podczas oficjalnych wypowiedzi dla mediów. Słowom niektórych można uwierzyć, bo nie są wymieniani często jako agresywni. Opinie innych wzbudzają tylko ironiczne uśmieszki.
- Dużo młodych nie ma szansy na zdobycie dobrego wykształcenia, są rozgniewani. Jak chcesz być doktorem, musisz iść na wyższą uczelnię, ale do tego potrzeba pieniędzy. Gniew, agresja zostaje w społeczeństwie. Ludzie są niewykształceni, wiele słów, których używacie, ludzie na Jamajce nawet nie znają, nie potrafią wypowiadać się w inteligentny sposób – ocenia Anthony B, który w rubrykach plotkarskich pojawia się niesłychanie rzadko i jeśli już, to z powodu jakiejś nic nie znaczącej anegdotki.
Z kolei Buju Baton nagrał piosenkę „Murderer”, która odbiła się głośnym echem na całej wyspie. Niestety, na krótko. - Gdy byłem w trasie w Japonii, w Takamatsu, mój przyjaciel zginął na Jamajce. Gdy tylko dostałem wiadomość, napisałem tę piosenkę. To miało być jego wspomnienie i wezwanie do przerwania przemocy. Na pewien czas ona faktycznie ustała – wspomina wokalista, który jednak poza Jamajką jest symbolem homofobii i innego zła niesionego przez dancehall, a ostatnio ma przechlapane, bo w jego domu w Miami znaleziono kilka kilogramów kokainy.

Powszechną wesołość wzbudził jakiś czas temu pomysł jamajskich władz na zahamowanie fali przemocy w kraju. Zarządzono, że stacje radiowe nie mogą grać piosenek o morderstwach, gwałtach i ogólnie, o przemocy. Powodem śmiechu był fakt, że wtedy z eteru zniknęłaby połowa piosenek dancehallowych, a już na pewno prawie wszystkie hity. Choć są tacy, którzy się z tak kategorycznym stanowiskiem wydają zgadzać.
- Musisz mieć pozytywne teksty, żeby to było reggae. Jeśli są negatywne, to już nie jest reggae, to streggae. Muzyka reggae nigdy się nie zmieniła. Wielu młodych artystów na Jamajce robi dobrą muzykę, w różnych stylach, również dancehall. Ale jak już wspomniałem, jeśli to będzie zbyt negatywne, nigdy nie zostanie moim numerem jeden – mówi Toots Hibbert.
Tyle, że zespół Toots and Maytals, którego tytuł piosenki dał podobno nazwę gatunkowi muzyki jamajskiej („Do the Reggay”), pamiętany jest już przez niewielu młodych ludzi i apele takie odnoszą mizerny skutek. Bo czy któryś z młodych Polaków interesuje się tym, co kiedyś powiedział Czesław Niemen, czy dziś myśli Krzysztof Krawczyk?

Fot. 01
Dancehallowe teksty zabijają muzykę – to hasło pojawia się często w mediach, ale niewielu miłośników gatunku przywiązuje wagę do jego znaczenia.

Fot. 02
Obłudę jamajskich wokalistów obrazują często karykatury, tak jak ta, pokazująca Vybz Kartela (02) nawołującego młodzież do zaprzestania przemocy.

Fot. 03
Dancehallowego artystę raczej trudno sfotografować ze spluwą w ręku, ale o westernowym ich życiu powstają takie właśnie rusunki.

Wygenerowano w sekund: 0.40
106,479 Unikalnych wizyt
Wykorzystywanie artykułów bez zgody Administracji ZABRONIONE