Ostatnie artykuły
Gyptian "My Name Is ...
FC Apatride Utd "On ...
Doniki "Radikal Expr...
Cocoa Tea "Save Us o...
Cham "Ghetto Story" ...Logowanie
Strzały w oparach miłości

Podobno, gdy rastaman ma rozpuszczone dready, jest w stanie wojny. Co prawda, to raczej jakaś nadinterpretacja lub powstały z czasem zabobon, ale stan wojny jest w muzyce reggae zjawiskiem powszechnym. Trudno się zresztą temu dziwić, bo w końcu jamajskie osiedla biedoty nie różnią się specjalnie atmosferą od slumsów w innych częściach świata. Wszyscy chcą się z nich wyrwać i większości nie robi różnicy, czy uczynią to stosując się do prawa, czy też je łamiąc. Dlatego tylko „zapominalstwem” speców od reklamy trójkolorowych dźwięków można tłumaczyć fakt, że obok charakterystycznego hasła „one love” muzyce reggae nie towarzyszy drugie – „two guns”.
No bo w którym innym kraju rząd negocjuje w konflikcie między dwoma wokalistami, bo w szkołach tłuką się ich zwolennicy? W którym kraju tuż obok domu nawołującego do pokoju wokalisty znajduje się mnóstwo broni, w tym jeden karabin M-16 oraz sześć AK-47 (następca kałasznikowa)? Gdzie w więzieniu nagrywa piosenkarz skazany na kilka lat za gwałt? To musi być Jamajka. Ci skonfliktowani to Vybz Kartel i Mavado, właściciel arsenału to Sizzla, a skazany na gwałt Jah Cure – śmietanka współczesnego dancehallu. - Mam szacunek na ulicach, a trzy czwarte ludzi popiera moje działania – mówi Renato Adams, najbardziej znienawidzony przez jamajskich muzyków policjant. To on kieruje specjalną grupą likwidującą gangi w Kingston, a jego podopieczni sięgają po broń tak samo chętnie, jak rewolwerowcy w westernach. Mają na sumieniu sporo trupów, a że wśród zabitych jest wielu fanów dancehallowych wokalistów, wzajemna niechęć narasta.
Kilka lat temu wielki aplauz 30-tysięcznej publiczności na festiwalu Sting zdobył Ninjaman nazywając Renato Adamsa przestępcą. Szkoda, że wiwatujący na cześć wokalisty nie pamiętali o wydarzeniu sprzed dwóch lat. Ninjaman pokłócił się z dziewczyną, zaczął strzelać w domu, a następnie złapał ich kilkumiesięcznie dziecko i rzucił nim o podłogę łamiąc rękę. Dopiero wtedy został powalony ciosami maczety przez wuja dziewczyny. Przeżył, ale to nie koniec jego perypetii. O tym jednak na końcu.
Zaczęło się znacznie wcześniej, bo grubo ponad trzy dekady temu. Wiosną 1978 roku wielu mieszkańców Kingston wybrało się obejrzeć, czy premier Michael Manley i lider opozycji Edward Seaga podadzą sobie ręce. Stało to się podczas koncertu Boba Marleya, który zaprosił ich obu na scenę. Jednak One Love Peace Concert zapisał się w pamięci publiczności nie politycznymi gestami, a prawdą. Tę usłyszeli na wcześniejszym koncercie, który dał Peter Tosh, nie grający już wtedy z Wailers.- Cieszę się, że jest tutaj premier, minister opozycji i członkowie parlamentu. Nie możemy pozwolić, aby jakiś pirat przypływał tutaj i rabował zasoby naszego kraju. A to jest właśnie to, co oni robią przez długi, krwawy czas. Nie jestem politykiem, ale ponoszę konsekwencje – stwierdził Peter Tosh w przerwie między utworami i była to wyraźna aluzja w stronę siedzących przed nim polityków, z których większość była biała.
Wokalista fakt, że czarni mają mniejsze prawa niż biali, nazwał „colonial shitstem” oraz wskazywał hipokryzję rządzących mówiąc, że wszyscy na wyspie palą marihuanę, a jest ona nielegalna. Było to znacznie ostrzejsze wystąpienie niż Boba Marleya, a na dodatek Tosh ośmieszył polityków mówiąc z patois, którego wielu z rządzących nie rozumiało, a które wyraźnie bawiło siedzącą dalej, mniej bogatą publiczność, rozumiejącą jednak uliczny slang.
Politycy nie lubią jednak, gdy się ich ośmiesza lub wali prawdę prosto w oczy, a już nie znosił tego Michael Manley, bo po latach okazało się, że miał specjalną grupę zajmującą się pacyfikacją przeciwników politycznych.
Peter Tosh o niechęci premiera dowiedział się dobitnie kilka tygodni później, bo choć to nie on go turbował, to nikt nie uwierzył w tłumaczenia, że niemal śmiertelne pobicie artysty przez policjantów za posiadanie skręta w ręku było przypadkowe. To wydarzenie jednak go nie stępiło, a wręcz przeciwnie. Zaczął występować na scenie z gitarą stylizowaną na karabin M16 zapewniając, że „zastrzeli z niej wszystkich zwolenników diabła”.
Możliwe też, że bardziej dyplomatyczny na wspomnianym One Love Peace Concert Bob Marley po prostu bał się o swoje życie bardziej, niż Peter Tosh i dlatego nawoływał tylko do podania sobie rąk, zamiast oskarżać ze sceny. Bowiem on przeżył to, co były kolega z zespołu dwa lata wcześniej. Dwa dni przed koncertem „Smile Jamaica” postrzeleni zostali sam Marley, jego żona Rita oraz dwie inne osoby. Zamach wiązano z faktem, że koncert reklamowano jako imprezę rządową, co nie było w smak przeciwnikom rządzących. – Cudem jest, że nikt nie został zabity. Przejeżdżający radiowóz policyjny pojawił się akurat w momencie szczytowym ataku, wystraszając napastników – opisywał później w biografii artysty Timothy White. Dwa dni później, mimo osłabienia po postrzale, Bob Marley wyszedł na scenę. Ale z Jamajki jakiś czas później się wyprowadził. Tak zresztą robi dziś większość muzyków, którzy doszli do wyższego pułapu w reggae. Ich nowym domem stają się najczęściej Stany Zjednoczone, aby mieć blisko do wciąż wspierających ich fanów.
Tymczasem w następnych latach na Jamajce było coraz gorzej, bo ginęli kolejni muzycy. Przyczyny były różne. Jedni aż prosili się o coś złego stylem życia, inni znaleźli się po prostu przypadkowo w miejscu, w którym być akurat nie powinni. Najbardziej krwawe były lata 80. kiedy to zginęli wspomniany Peter Tosh – zastrzelony przez swojego znajomego we własnym domu, nieodżałowany King Tubby zabity podczas napadu rabunkowego oraz zamordowany w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach Prince Far I. Zabity przez faceta swojej byłej żony został perkusista The Wailers - Carlton Barrett, uderzony śmiertelnie kamieniem głowę podczas bójki w zaułku Kingston Michael Smith, zginęli też Hung Mundell i Tenor Saw.
W wielu wypadkach sprawy są niewyjaśnione do dziś, a przez lata wokół niech narosły legendy, najczęściej wskazujące jako winnych rząd, policję albo innych wysoko postawionych polityków. To zresztą po części wina ich samych. Gdyby w Europie zginął jakiś znany muzyk, policja stawałaby na głowie, aby znaleźć winnych. Jednak nie na tam. Na Jamajce zabitych zostało kilkudziesięciu artystów reggae i sprawcy większości zbrodni do dziś nie są znani.
Byli też muzycy jamajscy, którzy sami byli na celowniku stróżów prawa. Wokalista grupy The Chantells Sam Bramwell został w 1980 r. zastrzelony podczas okradania fabryki boksytów. Inny wokalista, Ranking Dread brał udział w zastrzeleniu oficera policji, za co siedział w więzieniu, z którego jednak uciekł. Został złapany w Kanadzie, gdzie zdążył nawiązać kontakty z IRA i planował zamach bombowy na ówczesną brytyjską premier Margaret Thatcher. Życie zakończył kilka lat później, zamordowany w jamajskim więzieniu.
Prawie na koniec tekstu ostrzeżenie także dla polskich turystów wybierających się na Jamajkę, którego udziela sam Darek „Maleo” Malejonek. Przykra przygoda spotkała go w Montego Bay, gdy spotkał człowieka, który obiecał, że pokaże mało znane miejsce związane z Bobem Marleyem. - Po jakimś czasie „przypadkiem” pojawił się jego kumpel o ponurym spojrzeniu i nawet to mnie jeszcze nie otrzeźwiło, gdy szliśmy przez zupełnie ciemny zaułek, nagle pojawił się trzeci i wtedy już przestało być miło. Jeden z nich wyciągnął kosę i zażądał kasy. Koleś przystawił mi nóż do gardła, musiałem wyskoczyć z ostatnich sto dolarów – wspomina Maleo.
Ostro jest jednak nie tylko na Jamajce. Dwa lata temu w południowoafrykańskim Johannesburgu został zastrzelony pochodzący z tego kraju znakomity muzyk Lucky Dube. Postrzelił go jeden ze złodziei próbujących ukraść mu auto.
Z kolei w Polsce głośna była sprawa, w której uczestniczył znany z płyty Maleo Reggae Rockers King Lover. Pochodzący z Jamajki, ale żyjący najdłużej w Holandii wokalista pod jednym z wrocławskich klubów zranił nożem trzy osoby. Wyjaśniał, że powodem ataku były rasistowskie odzywki pod jego adresem.
Mieszkający również we Wrocławiu nawołujący do pokoju Ras Luta znacznie zradykalizował ostatnio swoje teksty. - Jest to reakcja na coraz nieprzyjemniejsze sytuacje, które spotykają mnie i moich ludzi na ulicach, w biznesie, w życiu. Na świecie istnieje dobro i zło. Albo jesteś po stronie Boga, miłości, albo jesteś ziomkiem Szatana. Uważam, że w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na szarość. Nie możemy być letni, bo Armagedon wciąż trwa i tylko ludzie, w których jest miłość i dobro zobaczą Syjon – wyjaśnia wokalista.
Ostatnimi śmiertelnymi ofiarami na wyspie są m.in. 17-letni syn Spragga Benza, który został śmiertelnie postrzelony przez policjantów oraz Gerald „Bogle” Levy, choreograf, któremu zawdzięczamy wiele kroków w jamajskim tańcu. Ten drugi został zastrzelony na stacji benzynowej. Już godzinę później spalono dom jego największego wroga, podejrzewanego o zlecenie zamachu Johna Hype. Wreszcie wspominany na początku Ninjaman siedzi w areszcie pod zarzutem zabicia mężczyzny na ulicy.
To jednak tylko ofiary śmiertelne. Rannych, przepychanek oraz niewybrednych słów jest wielokrotnie więcej. Niejednokrotnie spory podkręcają sami muzycy, bo dzięki temu mogą nagrywać kolejne dissy na swoich przeciwników oraz integrować zwolenników. No chyba, że wymknie się to spod kontroli, tak jak w wypadku narastającego przez miesiące konfliktu między Vybz Kartelem i Mavado. Było już tak źle, że spotkali się, uśmiechali, a nawet śmiali z własnych dowcipów. To wszystko działo się przy kamerach i w błysku fleszy, a jamajscy fani zastanawiają się, jak jest naprawdę i ile potrwa ta sielanka określana przez wielu jako chwilowe zawieszenie broni między obrażającymi się do chwila artystami.
Podpisy do fotografii:
1. Rycina przedstawiająca scenę gdy Bob Marley namawia do podania sobie rąk premiera Michaela Manleya z liderem opozycji Edwardem Seagą.
2. Plakat z imprezy „Smile Jamaica”, przed którą postrzelony został Bob Marley.
3. Ninjaman pokazuje, jak należy strzelać.
4. Ranking Dread zasłynął projektowaniem zamachu na Margaret Thatcher.
5. King Tubby zginął w zamachu rabunkowym.
